W ostatnich dnia wybrałem się z dwiema koleżankami (wielkie dzięki za wspólną wyprawę dla D. oraz M.!) do Słowenii. Pomysł kierunku zrodził się w sumie już dwa lata temu, ale podówczas wygrała Albania.
W sumie to ze Słowenią mam (miałem przed wyjazdem) dokładnie trzy skojarzenia:
a) Kraj, który myli się ze Słowacją, chociaż nawet nie graniczą ze sobą.
b) Kraj, który - kiedy wchodziliśmy do UE w 2004 - był jednym z najbogatszych, które wtedy dołączały.
c) Kraj, z którego pochodzi jeden człowiek, z którym kiedyś przez kilka tygodni pisałem.
I to by w sumie było na tyle. Nieprzesadnie dużo. :) Tym bardziej byłem tego miejsca ciekaw i tym bardziej chyba mnie zaskoczyło, bo jest... inne. :) (W sumie każde miejsce jest inne od innych miejsc, więc nie jest to jakaś szczególnie wyjątkowa cecha. ;))
Coś o Słowenii: Ma 2,13 mln mieszkańców. Graniczy z Włochami, Austrią, Węgrami i Chorwacją. Ma dostęp do Morza Adriatyckiego na zachodzie w postaci dość wąskiego korytarza między Włochami a Chorwacją. Jest w większości pagórkowato-górzysta. Jej obszar to ok. 20300 km2, czyli mniej więcej jak województwo podlaskie - to powoduje, że przemieszczanie się pomiędzy po Słowenii jest szybkie. Język słoweński należy do grupy południowosłowiańskiej - dla porównania polski i czeski należą do zachodniosłowiańskiej.
Wycieczka miała dwie części - najpierw wybrałem się sam do Lublany*, podczas kiedy dziewczyny bawiły bardziej w północnej części kraju, a później podróżowaliśmy razem przemieszczając się pomiędzy kolejnymi miejscówkami samochodem (tu specjalne podziękowanie dla D. za prowadzenie samochodu!).
(* Lokalnie i międzynarodowo Lublana to Ljubljana, słownikowa polska nazwa to Lublana i ją tutaj stosuję.)
No więc najpierw wylądowałem sobie w LJU:
Lotnisko w Lublanie jest jednym z najmniejszych, na jakich byłem. Nawet biorąc pod uwagę małą populację kraju byłem zaskoczony, bo jest to lotnisko bądź co bądź przynależące do stolicy.
Przywitał mnie urodzy lekki deszczyk, który był tym bardziej uroczy, że na lotnisku przez jakieś 40 minut czekałem na nieistniejący autobus 28, o którym radośnie informuje Gemini w Google'u:
Niby człowiek wie, żeby weryfikować informacje wymyślone przez AI, ale w zaaferowaniu po wyjściu z lotniska jakoś na to nie wpadłem i bardzo dumny z siebie czekałem na tani autobus, który nigdy nie przyjechał. Ogólnie komunikacja miejsca w Lublanie mnie pokonała i wydałem niepotrzebnie około 10 EUR przy różnych okazjach, bo jej nie ogarniałem. Zrzucam to na karb stresu, z którym zacząłem urlop, bo normalnie komunikacje miejskie mnie nie pokonują. :P
Jak już się dostałem do Lublany, to sobie ją nieco pozwiedzałem (kolejność chronologiczna, niekoniecznie odzwierciedlająca najbardziej atrakcyjne miejsca, a raczej ogólny klimat miasta w obszarach, przez które przechodziłem):
A to jest mój ulubiony budynek w Lublanie (ten z zegarem):
Nazywa się TR3, bo ulica, przy której się znajduje, to jest Trg Republike 3. Zaprojektował go Edvard Ravnikar, a budowę zakończono w 1982 roku. Na placu przed budynkiem ogłoszono w 1991 niepodegłość Słowenii po rozpadzie Jugosławii. Wygląda jak coś wziętego z jakiegoś dystopijnego japońskiego anime i jest jednym z najbardziej wyróżniających się budynków, kiedy ogląda się Lublanę z góry z któregoś z punktów widokowych. Jestem fanem! Przewinie się jeszcze poniżej.
Z kolei to są ciasteczka, których nazwa spowodowała, że stałem na środku supermarketu i śmiałem się sam do siebie:
Następnego dnia rano wybrałem się do parku Tivoli, który jest duży, tak duży, że dosłownie tylko liznąłem jego obrzeża, zwłaszcza, że nie miałem mało czasu - dosłownie tyle udało mi się tego ranka obejść:
W Lublanie jest dużo smoków, bo smok jest symbolem miasta. To jest smoczy most.
To jest z kolei zamek w Lublanie. Trzeba się wspiąć na górkę, żeby go popodziwiać. Średnio mi wyszły jego zdjęcia, stąd tylko te dwa:
A to jest Cukrarna - lublańskia galeria sztuki współczesnej. Z zewnątrz wygląda jak przewymiarowany dom, który ma za dużo okien.
Tak wygląda zejście do toalet. Można pomyśleć, że idzie się w nieco inny typ miejsca niż toaleta.
A tak wygląda wnętrze samej galerii:
Spaceruję dalej:
Znowu TR3:
Znowu park Tivoli:
I ruszamy dalej. Jak tylko się wyjeżdża z Lublany (w sumie to nawet nie trzeba z niej wyjeżdżać) zaczyna być widać górki i góreczki. Słoweńcy są zdecydowanie rozpieszczeni widokowo.
A to jest Koper - największa nadmorska miejscowość w Słowenii.
Naszym kolejnym celem były Jaskinie Szkocjańskie (Skocjanske Jame; https://www.park-skocjanske-jame.si), których niestety nie mogę Wam pokazać, gdyż wewnątrz obowiązywał całkowity zakaz fotografii. Nadmienię jedynie, używając zdjęcia z internetu, że jest tam taki zajebisty mostek:
Źródło: https://www.farawayworlds.com/travel/slovenia/skocjan-caves
Trochę zdjęć z miejsc dookoła jaskiń:
Kolejną atrakcją był zamek Predjama, zbudowany w wydrążonej skale (https://www.postojnska-jama.eu/pl/zamek-predjama/):
Oraz kot, który pozował nieopodal (mam wbudowaną procedurę: widzę kota -> fotografuję kota).
Na koniec wybraliśmy się w okolice jeziora Bled, gdzie najpierw pochodziliśmy po okolicy miejsca, w którym się zatrzymaliśmy:
A później wybraliśmy się nad samo jezioro Bled, które jest jednym z centralnych punktów turystycznych Słowenii (co ma swoje odbicie w cenach, np. jedzenia; ogólnie Słowenia tania nie jest, ale okolice Bledu to kolejny level).
Jednym z punktów obowiązkowych nad Bledem jest zjedzenie ich lokalnej kremówko-napoleonki. Ja swoją zjadłem w kawiarni Belvedere, z której roztacza się taki oto widok. Cena ciasteczka: 11 EUR. (W tańszych miejscach "tylko" 7 EUR.)
Jak to kremówko-napoleonka, w trakcie jedzenia wyglądała nieco gorzej:
Po wszystkim wróciliśmy na lotnisko i do domu. :)
Punkt specjalny - język słoweński, który czynił mi radość przez cały wyjazd.
I majstersztyk z ostatniej knajpy, w której jedliśmy:
To był bardzo udany wyjazd. :)
2026-09-26
Loading… / Ładowanie…